Kwadratowe Słońce – Książka “The Square Sun” Wydanie 1956

Poniżej przeczytasz skróconą wersję opowiadania Stefana Knappa na podstawie nagrań jego wspomnień z około 1954 roku.

Stefan Knapp udzielił wywiadu na potrzeby napisania książki “The Square Sun”. Ponad 15 godzin wypowiedzi Stefana Knappa zostało zarejestrowane i na tej podstawie wygenerowano poniższy tekst.

Zdecydowanie polecam przeczytać całą książkę, którą można zamówić tutaj:

KWADRATOWE SŁOŃCE I POCZĄTEK KOŃCA

Moja historia nie zaczyna się w celi, lecz w blasku słońca nad Biłgorajem, choć to właśnie więzienie nadało mojemu życiu ostateczny kształt. Urodziłem się w 1921 roku w rodzinie, która od zawsze była na bakier z oficjalnym nurtem życia w Polsce. Mój ojciec, który wrócił z Ameryki, by ożenić się z moją matką wbrew woli dziadków, był człowiekiem o gwałtownych, liberalnych poglądach, które w małym, religijnym Biłgoraju czyniły z nas niemal wyrzutków. Pamiętam, że jako dziecko żyłem w silnej jedności z naturą – to tam, wśród lasów i rzek, czułem się bezpieczniej niż w szkole czy kościele. Te rzeki były moim żywiołem; budowałem na nich miniaturowe młyny, obsesyjnie dopracowując mechanizmy, które miały odsiewać żwir od piasku. Może to tam narodziła się we mnie natura inżyniera, która później pomogła mi przetrwać?

Zanim jednak nadeszła wojna, moje życie dzieliło się między fascynację techniką a Barbarę – moją dziecięcą miłość, adoptowaną, wrażliwą dziewczynę, z którą dzieliliśmy wszystkie sekrety w cieniu niechęci naszych rodzin. Edukację techniczną kontynuowałem we Lwowie, w gimnazjum elektrotechnicznym, które było nowatorskim połączeniem nauk klasycznych i praktycznych. Kochałem te warsztaty, kuźnie i laboratoria. Kiedy we wrześniu 1939 roku wkroczyli Rosjanie, ich pojawienie się było dla nas, osiemnastolatków, niemal zabawne. Rosjanie mieli wielki szacunek do maszyn, a nasze świetnie wyposażone laboratorium bardzo im zaimponowało.

Życie szkolne zmieniło się jednak nie do poznania. Powstały komitety studenckie, zdominowane przez ukraińskich ekstremistów, którym radziecka polityka sprzyjała kosztem Polaków. Dyscyplina stała się luźna, a nauczyciele, którzy zginęli lub zniknęli w trakcie kampanii wrześniowej, zostali zastąpieni przez mniej wykwalifikowane kadry. Najbardziej absurdalnym elementem tej nowej rzeczywistości była “matura propagandowa” – nagle każdy mógł wejść z ulicy i otrzymać certyfikat, co miało pokazać, jak Związek Radziecki czyni edukację dostępną dla mas. Choć smarowanie jaskrawymi kolorami gigantycznych map świata i haseł o „wolności edukacji” sprawiało mi frajdę jako przyszłemu artyście, wewnątrz czułem narastający niepokój.

W tym czasie moi rodzice znajdowali się w Biłgoraju, w strefie niemieckiej. Miałem tam do załatwienia ważne dokumenty, a przede wszystkim tęskniłem za Barbarą. Razem z kolegą, który miał interesy w Warszawie, zdecydowaliśmy się przejść przez zieloną granicę. Pierwsze przejście na stronę niemiecką odbyło się w śnieżnej aurze i nie było tak niebezpieczne, jak się spodziewaliśmy. Spędziłem tydzień u ciotki, widziałem się z Barbarą, ale wiedziałem, że muszę wracać do szkoły we Lwowie.

Droga powrotna stała się moim pierwszym zstąpieniem do piekła. Zatrzymaliśmy się w domu ukraińskich chłopów, mając nadzieję na przeczekanie dnia. Gospodarze nas zdradzili. Niemcy aresztowali nas niemal natychmiast i zaciągnęli do szkoły w wiosce, która służyła za ich kwaterę. Interrogacja zaczęła się od brutalnego bicia. Kiedy próbowaliśmy wyjaśnić, że jesteśmy studentami, Niemcy wpadli w szał – dla nazistowskiej propagandy polscy „podludzie” nie mieli prawa aspirować do wykształcenia. Postawiono nas pod ścianą i zarządzono egzekucję. Słyszałem szczęk broni, zamknąłem oczy, sparaliżowany strachem. Potem nagle wybuchnął śmiech. Niemcy uznali to za świetny żart.

Tej samej nocy kolega został zabrany do innego budynku. Słyszałem strzały i powiedziano mi, że nie żyje. Mnie pozwolili odejść, być może dlatego, że moje nazwisko brzmiało z niemiecka. Ruszyłem przez pola, omijając drogi pełne wojska. W pewnym momencie, w półmroku, natknąłem się na pojedynczego niemieckiego żołnierza. Zabrał mi pieniądze i kazał otworzyć walizkę. Zauważył w niej ciasto upieczone przez moją ciotkę. Kiedy kopnął walizkę w śnieg, kawałek ciasta wylądował prosto na jego bucie – ten obraz do dziś mam przed oczami. Żołnierz kazał mi wejść do rowu. Widziałem, jak ładuje cztery pociski do karabinu. Poczułem uderzenie lufą w skroń i huk – upadłem, myśląc: „A więc tak to jest być martwym”. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że on tylko mnie uderzył, a potem kopnął i odszedł.

Noc spędziłem w spalonym samochodzie ciężarowym, modląc się, by nie zamarznąć. Następnego dnia, po serii ryzykownych uników przed niemieckimi saniami pełnymi śpiewających żołnierzy, dotarłem do Tarnogrodu, a stamtąd na wozie z drewnem wróciłem do ciotki. Ku mojemu zdumieniu, mój kolega również przeżył, ale był tak przerażony, że odmówił kolejnej próby powrotu na stronę radziecką. Ja jednak musiałem wracać.

Dołączyłem do grupy z panią Kubasiewicz, wdową po architekcie, i jej frajilną towarzyszką. To była męczarnia. Pani Kubasiewicz była potężną kobietą, niosła dwie małe, ale niewiarygodnie ciężkie walizki, a my musieliśmy pokonać zasieki z drutu kolczastego. Przejście przez radziecką stronę granicy było majstersztykiem bólu – wdowa ciągle wpadała w zwoje drutu, tnąc nogi do krwi, a na koniec zmusiła mnie, bym wrócił po jej torebkę, która wpadła w sam środek kolczastego gąszczu.

Zostaliśmy zauważeni na polanie. Rosjanin na koniu rzucił granat – nie w nas, ale na tyle blisko, by nas ogłuszyć i zaalarmować innych. Psy, szkolone do trzech rodzajów komend, z których najgorsza brzmiała Biri zmiasom (bierz z mięsem), osaczyły nas. Trafiliśmy do Rawy Ruskiej, do prowizorycznego więzienia w dawnych polskich koszarach. Tam karmiono nas zupą z robaczywego grochu, który został jeszcze po zapasach dla gołębi pocztowych stacjonującego tam kiedyś pułku.

Czułem, że muszę uciekać. Widziałem setki imion wydrapanych na ścianach, świadectwa ludzi, których system już zmielił. Pewnej nocy, podczas transportu na stację kolejową, kiedy musieliśmy poruszać się w męczącej pozycji kucznej (co miało uniemożliwić nagły bieg), jeden z więźniów rzucił się do ucieczki. W zamieszaniu, pod gradem kul skierowanych w tamtego nieszczęśnika, ja przeskoczyłem przez płot i zniknąłem w ciemnościach.

Wróciłem do Lwowa w grudniu. Miasto było zimne, głodne, pełne portretów Stalina. Wynająłem mały pokoik bez ogrzewania. Próbowałem ratować się technicznie: pożyczyłem z uczelni tysiącwatową żarówkę, którą zamontowałem pod łóżkiem, by ogrzewała mnie od dołu. System działał, dopóki materac nie zajął się ogniem – to był koniec mojego prywatnego centralnego ogrzewania.

Ostateczny akt mojego „wolnego” życia rozegrał się tuż po Bożym Narodzeniu, którego Rosjanie oficjalnie nie uznawali. Wracałem ze szkoły z książkami pod pachą, gdy nagle ulica, na którą skręciłem, została zablokowana z obu stron przez ciężarówki. NKWD zgarniało wszystkich bez wyjątku – kobiety z dziećmi, starców, studentów. Trzymali nas na ciężarówkach całą noc, aż ulica została „oczyszczona”. Tak trafiłem do Brygidek, słynnego lwowskiego więzienia. Wrzucili nas, osiemdziesięciu ludzi, do celi pełnej przedwojennych kryminalistów. Smród był nie do opisania. Moi współtowarzysze, niektórzy dumni z posiadania legitymacji partii komunistycznej, walili w drzwi, krzycząc o pomyłce. Strażnik tylko zajrzał przez wizjer i odszedł bez słowa. Tam, w cieniu betonowych ścian, po raz pierwszy zobaczyłem słońce przefiltrowane przez kraty. Było kwadratowe. Moje życie jako człowieka wolnego właśnie dobiegło końca, a zaczęła się mordercza szkoła przetrwania, w której moją jedyną bronią miał stać się kawałek przeżutego chleba.


DROGA DO CHERSONIA I RYTUAŁY ODHUMANIZOWANIA

Pobyt w Brygidkach był okresem, który w mojej pamięci zapisał się jako najbardziej plugawy, być może dlatego, że byłem jeszcze zbyt blisko świeżego wspomnienia wolności. W celi o numerze 80, gdzie stłoczono nas z zawodowymi kryminalistami, smród był niemal materialną barierą. To tam po raz pierwszy usłyszałem desperackie wołanie francuskiego więźnia: „Messieurs, pissez comme les femmes!”, co miało zapobiec rozchlapywaniu nieczystości z przepełnionej „paraszy” na ludzi leżących na podłodze. Po dwóch miesiącach tej wegetacji, pewnej nocy, zaczęto nas wywoływać w specyficzny sposób – nie po nazwisku, ale według pierwszej litery, by nie zdradzić nikomu postronnemu, kto znajduje się wewnątrz systemu.

Marsz na stację we Lwowie odbył się wczesnym rankiem. Pędzono nas w pozycji kucznej, by uniemożliwić nagłą ucieczkę – system ten Rosjanie stosowali zawsze przy transportach przez tereny zamieszkane. Przechodziliśmy obok wylotu uliczki, przy której mieszkałem przed wojną. Widziałem moją gospodynię stojącą na rogu z koszykiem zakupowym, ale w tłumie piętnastu setek obszarpanych ludzi nie miała szansy mnie rozpoznać. Na stacji czekało piętnaście wagonów bydlęcych – standardowa pojemność transportu.

W moim wagonie panował chaos. Na pryczach mieszali się mężczyźni i kobiety. Pod moją koją leżała kobieta, a naprzeciwko dwie inne, z których jedna trzymała niemowlę. Dziecko było tak maleńkie, że mogło urodzić się pierwszej nocy transportu. Podróż trwała miesiąc. Drzwi otwarto po raz pierwszy dopiero po dwóch dniach, gdzieś na północ od granicy. Kiedy kobiety błagały o mleko, strażnicy wybuchali śmiechem, krzycząc: „Jedźcie do Rosji, tam mleka pod dostatkiem!”. Każdej nocy strażnicy wchodzili z drewnianymi młotami na długich trzonkach i uderzali w każdą deskę wagonu, sprawdzając, czy nie jest nadpiłowana. Liczono nas, dotykając każdego więźnia ręką – to była żelazna zasada, by nawet niepiśmienny strażnik nie popełnił błędu.

Tragedia dziecka rozegrała się tydzień później. Niemowlę zmarło z zimna i głodu. Matka, oszalała z bólu, przez pięć dni nie pozwalała odebrać sobie ciałka, tuląc je do piersi. Kiedy w końcu zdecydowała się oddać dziecko podczas wydawania zupy, doszło do sceny, która na zawsze złamała w nas resztki złudzeń co do rosyjskiej duszy. Zawiniątko wyślizgnęło się z rąk strażnika i wpadło do kotła z zupą. Strażnik, bez cienia emocji, nabił martwe ciałko na bagnet i wrzucił je z powrotem do wagonu. Nikt tej nocy nie dotknął jedzenia. Kilka dni później matka, wykazując się nieludzką, lodowatą siłą, spróbowała wypchnąć ciało przez małe okienko z kratami. Głowa dziecka była za duża – widziałem, jak jedno z uszu, suche jak pergamin, odpada i zostaje na pręcie.

Dotarliśmy do Chersonia. Więzienie, stara fabryka lub przerobiona cerkiew, powitało nas rytuałem odarcia z tożsamości. Podczas badania lekarskiego uścisk na brzuchu sprawdzał ilość tłuszczu – jedyne kryterium naszej przydatności do pracy. Potem nastąpiło strzyżenie. Dziewczyny w białych kitlach, brutalnie chichocząc, operowały maszynkami. Moje gęste, kręcone włosy, nieczesane od miesięcy, stawiły opór – pierwsza maszynka pękła. Ostatecznie zostawiono mnie z połową głowy ostrzyżoną do skóry i wielkim kołtunem z drugiej strony.

W takim stanie zrobiono mi zdjęcie do dokumentów. Fotograf, nie mając miejsca na tabliczkę, wymalował mój numer więzienny – 290O7 – bitumem bezpośrednio na piersi. Ostatnia cyfra, „7”, nie mieściła się na klatce piersiowej, więc kazano mi przycisnąć ramię do boku, a ogonek siódemki spłynął pionowo w dół mojego ramienia.

Cela w Chersoniu mieściła 260 osób. Światło paliło się 24 godziny na dobę, a my spaliśmy na gołych deskach, zwracając się na komendę wszyscy na jeden bok, by zaoszczędzić miejsce. To tutaj narodziła się moja „sztuka z chleba”. Mój sąsiad, zawodowy złodziej o maleńkiej głowie (uciekał z więzień, przeciskając się między kratami), nauczył mnie więziennego rzemiosła. Żuliśmy chleb, dopóki szczęki nie drętwiały, tworząc plastyczną masę, która po wyschnięciu twardniała jak ebonit. Robiłem z niej guziki, szachy, a nawet fajki-portrety, w których główka fajki była wiernym modelem głowy właściciela.

Do barwienia używaliśmy wszystkiego: sadzy ze świec skradzionych strażnikom (czarny), wapna ze ścian (biały), wywaru z cebuli (żółty) i krwi. Krew uzyskiwało się, nakłuwając dłoń i wirując ręką z ogromną prędkością, by siła odśrodkowa wypchnęła płyn przez pory skóry. Stałem się też głównym tatuażystą. Tatuowałem lwy, węże i akty kobiece za pomocą igieł z ości rybich i atramentu z sadzy zmieszanej z cukrem, który „nadgryzał” skórę, utrwalając barwnik.

Pewnego razu, podczas rewizji, znaleziono moje figurki z chleba. Oskarżono mnie o „sabotaż poprzez niszczenie żywności” i wrzucono do „karceru” – lochu w ziemi o wysokości pięciu stóp, gdzie nie można było ani stać, ani leżeć, a z sufitu na głowę kapała woda. Jednak po kolejnej rewizji los się odmienił. Jakiś wysoki urzędnik uznał mnie za „hognika” – artystę. Zamiast kary, dostałem podwójną porcję chleba, którą dzieliłem między najbardziej potrzebujących.

Kulminacją pobytu w Chersoniu było odczytanie wyroków. Nie było sądu, tylko „Court of Outside Hearing”. Mały, mroczny urzędnik przy stole z kiepskiego papieru wyczytywał nazwiska. Kiedy usłyszeliśmy kary – zawsze 3, 5, 8, 10 lub 12 lat – cela wybuchła histerycznym śmiechem. Wyroki były absurdalne: komuniści, którzy ideowo czekali na Rosjan, dostawali po 12 lat, podczas gdy policjanci wychodzili z trzema. Ja dostałem 5 lat za „umysł zainfekowany ideami kapitalistycznymi”.

Gdy urzędnik kończył, wszedł naczelnik więzienia. Wygłosił mowę o „centrach kultury”, jakimi są obozy pracy, by na końcu dodać brutalnie: „Pojedziecie na Syberię i będziecie tam huśtać się na jądrach niedźwiedzia polarnego”. Wyprowadzono nas na zewnątrz. To był ostatni raz, gdy widziałem słońce przez kraty. Było kwadratowe – słońce niewoli, sunące po niebie w rytm naszych kroków ku arktycznej północy.


TASZMA – ARCHITEKTURA GŁODU I ARKTYCZNY ŚWIT

Nasza podróż na północ zakończyła się w miejscu, które na pierwszy rzut oka wydawało się jedynie pustką w niezmierzonym, srogim lesie. Strażnik podszedł do najgrubszego drzewa, jakie znalazł, odrąbał kawałek kory i czerwoną kredką wypisał na nim cyfrę „1”. To był nasz dom, choć obóz jeszcze nie istniał. Wygłoszono nam przemówienie, którego sens sprowadzał się do jednego brutalnego zdania z paragrafu 18 konstytucji Stalina: „Kto nie pracuje, ten nie je”.

Pierwsze dni były mglistym pasmem wycieńczenia i bezradności. Więźniowie podzielili się na dwie grupy: tych, którzy chcieli strajkować, wierząc, że brak pracy zmusi system do poprawy warunków, oraz tych bardziej praktycznych, do których i ja należałem, wiedzących, że jedyną drogą do przetrwania jest ruch. Ci, którzy odmówili pracy, znikali pierwsi, umierając jeden po drugim z głodu i zimna.

Budowa obozu Taszma była lekcją prymitywnej inżynierii. Nie mieliśmy pił ani gwoździ. Wszystko wznosiliśmy z zielonego, świeżo ściętego drewna, używając jedynie toporów i zaostrzonych kawałków drutu, które służyły za gwoździe. Baraki mieściły po 160–180 osób, a naszymi łóżkami były twarde, nieheblowane deski, z których przez całą zimę wyrastały świeże pędy roślin. Obóz otoczony był strefą zakazaną – linią drutu kolczastego, za którą strażnicy z wież obserwacyjnych strzelali bez ostrzeżenia.

Dni rządzony były przez „normy”. Dla przeciętnego więźnia norma oznaczała przerzucenie 12 metrów sześciennych piasku dziennie. Wyrobienie 100% normy dawało prawo do 800 gramów czarnego chleba i zupy, która w rzeczywistości była jedynie wywarem z owsa przeznaczonego dla koni. Spadek wydajności poniżej 33% oznaczał redukcję racji do pół funta chleba i nocleg w „carcerze” – dziurze wykopanej w zamarzniętej ziemi, gdzie mało kto przeżywał więcej niż trzy noce.

Zima w arktycznym lesie była spektaklem grozy i piękna. Aby dokopać się do zamarzniętej na kość ziemi, spędzaliśmy całe dni na ścinaniu drzew i układaniu z nich stosów o wysokości 25 stóp. Wieczorem podpalano te piramidy, a widok płonących stosów ciągnących się milami przez biały krajobraz był najbardziej ekscytującą rzeczą, jaką widziałem w życiu. Następnego ranka ziemia była na tyle ogrzana, by móc w niej kopać i wypełniać nasypy kolejowe.

Współżycie w obozie, wśród setek ludzi różnych narodowości i profesji, od ministrów po analfabetów, obnażało najgłębsze warstwy ludzkiej psychiki. Najstraszniejszą plagą była „kurza ślepota”, wywołana brakiem witamin. Gdy tylko zapadał zmrok, 80% obozu stawało się całkowicie ślepych. Musieliśmy skręcać liny z kory drzew, by ślepi mogli po nich trafić do latryn, a mimo to dochodziło do tragicznych wypadków, gdy ludzie zderzali się głowami i tracili przytomność, zamarzając na śmierć.

Mróz wywoływał też powszechne problemy z pęcherzem. Potrzeba oddawania moczu pojawiała się co pięć minut, co zimą doprowadziło do powstania przed drzwiami baraków gigantycznych pryzm lodu. Przekrój tego lodu mienił się wszystkimi kolorami – od żółci, przez pomarańcz, aż po krwistą czerwień, tworząc makabrycznie piękną mozaikę naszej biologicznej nędzy.

Przemoc strażników była nagła i ostateczna. Pamiętam więźnia nazwiskiem Folks (Fuchs), który podczas świąt Bożego Narodzenia nawoływał do buntu. Został wyrzucony nago na śnieg, gdzie jego kończyny najpierw stały się czerwone, potem żółto-zielone od mrozu, aż w końcu został dobity strzałem w głowę przez specjalną brygadę. Innym razem strażnik strzelił w tłum więźniów, bo uznał, że ich odpowiedź na poranny apel nie była wystarczająco głośna; jedna osoba zginęła, dwie zostały rannymi.

Moje przetrwanie zawdzięczam w dużej mierze sztuce. Kiedy moje ciało było już bliskie ostatecznego wyczerpania, zacząłem symulować choroby i rysować portrety. Pielęgniarka Le Pomcha,Medical Supervisor obozu, zlitowała się nade mną po tym, jak narysowałem jej twarz. Zabandażowała mi głowę, udając ciężki uraz, co dało mi miesiąc wytchnienia. W tym czasie malowałem propagandowe slogany na deskach: „Jeden metr sześcienny ziemi to jeden zabity Niemiec”. Wykorzystywałem bawełniane prześcieradła z izby chorych i kolorowe ołówki, by tworzyć portrety Stachanowców – przodowników pracy, którzy zwykle po tygodniu takiego wysiłku całkowicie się załamywali.

Otrzymałem też na krótko funkcję magazyniera, co było najlepszą posadą w obozie. Chleb, który do nas trafiał, był currency – najwyższą walutą. Zimą bochenki zawierały więcej lodu niż mąki, ponieważ piekarze dodawali wodę, by zwiększyć wagę; musiałem używać piły do drewna, by dzielić zamrożone porcje.

Głównym zadaniem obozu była budowa linii kolejowej, która miała umożliwić przeniesienie ciężkiego przemysłu za Ural. Budowaliśmy też „Dziecięce Zakątki” – osady dla sierot wojennych i dzieci więźniów, które miały stać się zalążkiem nowej populacji Arktyki. Jako „budowniczy” (plotnik) konstruowałem dachy z drewnianych wiórów, co dawało mi poczucie twórczego zaangażowania nawet w tak nieludzkim miejscu.

W tym okresie moja pamięć zaczęła mnie zawodzić z powodu głodu; nie byłem w stanie przypomnieć sobie nawet imion moich rodziców. Życie stało się proste: od kawałka chleba do kawałka chleba.

Aż nadszedł wrzesień 1941 roku. Niespodziewanie wezwano grupę około 30 osób i ogłoszono nam, że od teraz jesteśmy wolnymi obywatelami Związku Radzieckiego. Wyrzucono nas za bramę bez jedzenia i pieniędzy, wprost w arktyczną głuszę. To wyzwolenie było tak niewiarygodne, że nikt z nas się nie cieszył; staliście się mumiami, które straciły wiarę we wszystko. Pierwszej nocy na wolności, siedząc przy ognisku obok torów, zobaczyłem pociąg towarowy z zasłoniętymi oknami, z którego wyjrzeli ludzie w niebieskich mundurach. To byli brytyjscy mechanicy Hurricanów, którzy patrzyli na nas, jakbyśmy przybyli z Marsa. To był nasz pierwszy dowód na to, że świat poza obozem wciąż istnieje i że koszmar właśnie zaczął się kruszyć jak lód na rzece w Biłgoraju.


TUŁACZKA, KREW ALSATYŃCZYKA I BRYTYJSKI ŚWIT

Moment wyzwolenia, we wrześniu 1941 roku, nie był sceną z patriotycznej opery. Nie było radosnych okrzyków ani łez wzruszenia. Był tylko tępy szok. Grupie trzydziestu z nas wręczono świstki papieru – te same, na których widniały nasze więzienne profile z Chersonia – i ogłoszono, że jesteśmy wolnymi obywatelami Związku Radzieckiego. Wyrzucono nas za bramę obozu bez kawałka chleba, bez kopiejki, w sam środek arktycznej głuszy, gdzie jedyną cywilizacją był Archipelag Gułag rozciągający się na setki mil. Staliśmy się mumiami, które odzyskały wolność, ale straciły wiarę w jej istnienie.

Naszą pierwszą „wolną” kolacją były korzenie wykopane w lesie. Tej samej nocy, koczując przy torach, ujrzeliśmy zjawisko z innego świata: pociąg pasażerski z zasłoniętymi oknami, strzeżony przez radzieckich marynarzy z automatami. Kiedy jedna z rolet poszła w górę, zobaczyliśmy twarze ludzi w niebieskich mundurach. Byli to brytyjscy mechanicy Hurricanów, wysłani z pomocą dla Stalina. Patrzyli na nas z mieszaniną grozy i niedowierzania; dla nich nie byliśmy już ludźmi, lecz biologicznymi artefaktami z innej planety. To od nich dowiedzieliśmy się, że Francja upadła rok wcześniej i że w Anglii powstaje polskie lotnictwo. Ta informacja stała się moją nową „normą” – celem, do którego musiałem dotrzeć za wszelką cenę.

Podróż na południe była lekcją przetrwania na osiach pociągów. Rosyjskie wagony towarowe, ogromne 60-tonowe potwory, miały osie oddalone o jakieś pięć stóp. Konstruowaliśmy z desek prymitywne platformy, kładliśmy je bezpośrednio na obracających się osiach i leżeliśmy tam parami, czując rytm de-de-dee, de-de-dee wnikający w nasze kości. Pęd powietrza, smród smaru i widok ziemi uciekającej pod nami przez wirujące koła były hipnotyzujące. Co kilkaset mil osie przepalały deski, więc musieliśmy kraść nowe sztachety z płotów na stacjach, by nie spaść prosto pod koła pociągu.

W Moskwie, oszołomiony bizantyjskimi kopułami i monumentalnością architektury, przeżyłem jeden z najbardziej makabrycznych epizodów. Próbując zdobyć jedzenie, włamałem się do kurnika zawiadowcy stacji. Padł strzał, pies zaczął szarpać moją nogę, a ja uciekłem w ciemność, ściskając w ręku jedyny łup, jaki udało mi się wyrwać – odciętą nogę koguta. To była nasza jedyna zdobycz tej nocy.

W drodze do Buzułuku, gdzie formowała się Armia Polska, zatrzymałem się na dziesięć dni w kołchozie. Tam, ku mojemu zdziwieniu, zostałem nauczycielem rysunku i matematyki. Szkoła była tubą propagandową; każde opowiadanie o rybach czy drzewach musiało mieć przesłanie polityczne zgodne z doktryną Stalina. Dzieci w wieku ośmiu lat pracowały już w polu, a za najmniejsze przewinienie groził im wyrok za „chuligaństwo”. To tam po raz pierwszy zobaczyłem ludzi pijących wodę kolońską z braku wódki – zjawisko tak powszechne, że cała wieś pachniała jak tani salon fryzjerski.

Gdy w końcu dotarłem do polskiego dowództwa, moje marzenie o byciu oficerem zderzyło się z biurokratycznym absurdem. Przydzielono mnie do działu planowania, gdzie rysowałem kółka reprezentujące żołnierzy maszerujących „czwórkami” – polski wkład w estetykę wojskową, różniący się od brytyjskich i rosyjskich „trójek”. Moja kariera sztabowa skończyła się gwałtownie, gdy zgubiłem dwie z dwunastu pinezek, które codziennie przeliczał pewien stary kapitan. Na jego oskarżenie odpowiedziałem facetozynie: „Nie zjadłem ich, panie kapitanie”, co uznano za odpowiedź niegodną żołnierza.

Zima 1941/42 w Kazachstanie była okresem powolnego konania w cieniu epidemii tyfusu. Jako kadet grzebałem zmarłych na piaszczystym wzgórzu, używając wyrwanych drzwi stajni jako noszy. Trupy w kostnicach leżały spiętrzone na osiem stóp – stosy szkieletów, których śmierć wyprzedzała nasze łopaty. Najbardziej wstrząsający był widok grobu naszego dowódcy, którego zwłoki zbezczeszczono w nocy, by ukraść jego brytyjskie buty z cholewami; ponieważ ciało zesztywniało, złodzieje po prostu odrąbali nogi w kolanach.

Głód pchnął nas do ostateczności. Razem z kolegą, Antkiem, zaplanowaliśmy kradzież psa od strażnika na stacji. Gdy pociąg ruszał, odciąłem smycz alsatyńczyka i wskoczyłem na dach wagonu pod gradem kul. Przez całą drogę do następnej stacji czołgałem się po dachach z martwym zwierzęciem przywiązanym do pasa, drżąc ze strachu, że wiadukt zdejmie mnie z wagonu. Ten pies uratował życie trzydziestu głodującym dzieciom w naszym transporcie; gulasz z alsatyńczyka smakował mi wtedy lepiej niż jakiekolwiek wykwintne danie, które zjadłem później w Londynie. Aby zmylić pościg na kolejnej stacji, zamieniliśmy resztki mięsa w galaretę przy użyciu mydła, a nasz kolega ze złotymi zębami – które zakrył żółtym papierem – sprzedał resztki kości na targu jako „jagnięcinę”.

Ewakuacja przez Morze Kaspijskie do Krasnowodzka była pożegnaniem z „kwadratowym słońcem”. Ostatnim obrazem z ZSRR był człowiek, który próbował skoczyć na nasz odpływający statek, ale został pchnięty bagnetem przez strażnika i wpadł w czarną szczelinę między burtą a nabrzeżem.

Persja przywitała nas obfitością, która nas przerażała. Po zjedzeniu 24 jajek i dwóch puszek mielonki straciłem przytomność – organizm nie potrafił przyjąć tyle życia naraz. Szokiem był jednak „color bar” wprowadzony przez brytyjskie władze: zakaz fraternizacji z czarnoskórymi żołnierzami budującymi nasze namioty oraz widok białego sierżanta bijącego ich bambusowym kijem. Zachód, o którym marzyliśmy w łagrach, okazał się światem pełnym własnych skaz i hipokryzji, gdzie policjant kradł nam mydło w łaźni, a korupcja była równie powszechna jak kurz na drogach do Teheranu.

Moja droga do Anglii wiodła przez Bombaj, gdzie oglądałem kobiety noszące cement na głowach i indyjskich „lekarzy” wycinających odciski krowimi rogami. Gdy w końcu wylądowałem w Glasgow, w fali flegmatycznej brytyjskiej mgły, poczułem, że największym rozczarowaniem jest milczenie. Zakazano nam mówić o tym, co widzieliśmy w Rosji, bo ZSRR był teraz „dzielnym sojusznikiem”. Prawda została poświęcona na ołtarzu politycznej celowości, a my, niedoszli posłańcy wolności, musieliśmy stać się niemymi świadkami własnego losu.


NOWA DIMENSJA – OD SPITFIRE’A DO PŁÓTNA

Koniec szkolenia w Fayid nie był końcem mojej przygody, lecz początkiem najbardziej intensywnego okresu mojego życia wojskowego. Choć marzyłem o Dalekim Wschodzie, los rzucił mnie z powrotem do Włoch. 9 grudnia 1944 roku dołączyłem do dywizjonu w Forli. Moja służba nie polegała jednak na zwykłej walce powietrznej. Wybrano mnie do zadań specjalnych ze względu na moje zdolności wizualne, które udowodniłem, malując akty kobiece na ścianach koszar mojego dowódcy.

Wizualna szkoła wojny

Latanie Spitfire’em na misje rozpoznawcze było dla mnie niemal ćwiczeniem z kompozycji malarskiej. Lecąc nisko nad terytorium wroga, musiałem uczyć się analizować krajobraz, odczytywać wartość kolorów i dostrzegać „prawdziwy obraz” ukryty pod kamuflażem. Nauczyłem się oceniać wysokość drzewa po kształcie jego wierzchołka i zgadywać, co kryje się w cieniu, badając gęstość mroku. To tam, w kokpicie, narodziła się moja nowa perspektywa: z wysokości 40 000 stóp zrozumiałem, że granice państwowe są jedynie fikcją, a ziemia jest niepodzielną całością, której nie da się pociąć na ideologiczne kawałki.

W Forli wojna mieszała się z kulturą w sposób surrealistyczny. Rankiem wykonywałem lot operacyjny, w południe szedłem do opery słuchać Rigoletta, a po południu znów wzbijałem się w powietrze, mając wciąż w uszach arie Verdiego. To połączenie muzyki i niebezpieczeństwa dawało mi stan poetyckiej przejrzystości umysłu.

Przeżyłem tam też swój najgorszy moment w powietrzu. Po trafieniu przez artylerię przeciwlotniczą, mój silnik zawiódł na wysokości 6000 stóp. Próbowałem wyskoczyć ze spadochronem, ale trzykrotnie coś blokowało moją drogę wyjścia, gdy wisiałem głową w dół w pędzie powietrza. Ostatecznie udało mi się wylądować awaryjnie w dymiącej maszynie, cudem omijając wieżę kościelną i inne samoloty na pasie. Mój dowódca, widząc moje obłędne spojrzenie i postawione dęba włosy, natychmiast wysłał mnie na odpoczynek.

Mój ostatni lot wojenny odbył się nad Alpami, wzdłuż przełęczy Brenner. Przebijałem się przez chmury w wąskich dolinach, czując klaustrofobiczny lęk przed otaczającymi mnie szczytami. Gdy wylądowałem, mechanicy, którzy musieli fizycznie zatrzymać moje skrzydła, bym nie przestrzelił pasa, powiedzieli mi, że wojna właśnie się skończyła.

Londyn: Rozczarowanie zwycięstwem

Powrót do Londynu na Paradę Zwycięstwa był dla mnie momentem głębokiego upokorzenia i mortyfikacji. Podczas gdy tłumy świętowały, ja czułem, że wielka wojna została wygrana bez rozwiązania najważniejszych problemów ludzkości. Polska została pozostawiona w „sowieckim grobowcu”, a ja, niedawny „superman” w niebieskim mundurze, nagle stałem się dla brytyjskiego społeczeństwa „żużlem”, zbędnym obciążeniem dla podatnika.

To wtedy narodziła się metafora „Kwadratowego Słońca”. Kiedy próbowałem opowiadać o moich przeżyciach w Rosji, ludzie uśmiechali się tolerancyjnie, uznając to za propagandę. Odpowiadałem im ironicznie: „Wiesz, tam słońce jest kwadratowe”. Było to słońce widziane przez kraty więzienne, jedyna prawda, jaką znałem, a której wolny świat nie chciał przyjąć do wiadomości z powodów politycznej koniunktury.

Slade School i mania korzeni

Rozpocząłem studia w Central School of Arts, a później w Slade School. Mój umysł był jednak wciąż polem bitwy między powojenną traumą a crowed imagination (zatłoczoną wyobraźnią). Moje pierwsze obrazy były pełne horroru: zapadnięte twarze głodujących ludzi, dzieci żujący zwłoki.

W poszukiwaniu własnego języka wpadłem w trwającą miesiące obsesję na punkcie form organicznych. Godzinami wędrowałem po londyńskich parkach, szukając korzeni drzew o najbardziej skomplikowanych kształtach. Stałem się niemal przestępcą, kradnąc w mgliste dni Suitcase’y pełne drewna, które piłowałem, chowając piłę w rękawie munduru. Najsłynniejszym z nich był gigantyczny korzeń wiązu z Kenwood, który musiałem „łowić” z jeziora, gdzie wrzuciły go dzieci, a potem wieźć autobusem numer 24, z którego wyrzucono mnie z powodu potwornego smoru gnijącego drewna. Te formy natury były dla mnie ćwiczeniem wyobraźni, uwalniającym napięcie w podświadomości.

Przełom: Izolacja w Chelsea

Punktem zwrotnym był rok 1950. Wynająłem studio w Chelsea, ale nie miałem pieniędzy na meble. Zacząłem je tworzyć z gałęzi i znalezionych kawałków drewna. Tak powstała moja lampa ze spalonego wiązu, do której potrzebowałem idealnie sferycznego klosza. Metodą prób i błędów, używając kuchennych naczyń i klejów, wynalazłem transparentne, kuliste klosze, które sprzedałem za sporą sumę pieniędzy.

Te pieniądze pozwoliły mi na „najmądrzejszą decyzję mojego życia”: zamknąłem się w pracowni na osiemnaście miesięcy absolutnej samotności. Przestałem się golić, odciąłem kontakty towarzyskie, a jedzenie zamawiałem pod drzwi. W tym czasie wypracowałem dwie kluczowe dla mnie rzeczy:

  1. Technikę transparentnego oleju: Farba olejna, która zachowuje się jak akwarela, pozwalając na nałożenie siedmiu warstw koloru, z których każda jest widoczna przez następną.
  2. Teorię „Kręgosłupa i Balastu” (Spine and Ballast): Uznałem, że figura ludzka (podobnie jak zwierzę czy drzewo) składa się z linii prostej – kręgosłupa, oznaczającego ruch i charakter, oraz bryły – balastu, reprezentującego przestrzeń zajmowaną przez byt.

Climax: Prawo do życia

Moja droga artystyczna doprowadziła mnie do symbolizmu. Wojna nauczyła mnie, że „zewnętrzne ubranie” człowieka jest bez znaczenia. Pod wpływem głodu pies nie był już przyjacielem, lecz „mięsem i kaloriami”, a drzewo nie było pięknem, lecz „opałem”. To brutalne sprowadzenie świata do jego funkcji zmusiło mnie do poszukiwania esencji, a nie podobieństwa.

Jesienią 1953 roku osiągnąłem swój szczyt. Zrozumiałem, że wolę namalować mały, przeciętny obraz, który jest całkowicie mój, niż odnieść sukces, pożyczając styl od innych. To było uczucie znalezienia samego siebie, silniejsze niż cierpienie w Rosji czy ból mojej matki. Poczułem, że mam prawo do życia i tworzenia na własnych warunkach.

Książka ta powstała jako wypełnienie obowiązku przemówienia w imieniu milionów, które zginęły w milczeniu. Przez lata żyłem z zamkniętymi ustami, tak jak w łagrach. Teraz, gdy opowiedziałem tę historię, mogę powrócić do mojej samotnej pracy w pracowni. To, co przysiągłem zrobić, zostało dokonane. Teraz znów będę milczeć.